Amando

Przestał jeść z dnia na dzień.
Diagnoza: białaczka.
Bardzo silna anemia.
Jest też początek niewydolności nerek, ale to teraz drugorzędny problem.
Były podejrzenia, że są zmiany nowotworowe w narządach, ale zostały raczej wykluczone.
Walczymy, choć na razie rezultatów brak.
Proszę o przesłanie wsparcia dla mojego Kotka.


Przy okazji wolnego...

Zaskoczył mnie ostatnio bardzo trudny czas.
Może to pracy za dużo, brak wypoczynku i zaległości... A może praca nie ta, nie tu...
Ale wszystko jest jakimś procesem. Mam nadzieję, że obecne przejścia są symptomem korzystnych zmian. Bo ten proces umierania trwać się zdaje nieskończenie, byle mieć go już za sobą i się odrodzić na nowo.
Na szczęście na Amanda absolutnie zawsze można liczyć. Otuli, omruczy i zrobi okłady, gdzie najbardziej potrzeba. Kocham go tak bardzo, że nie mam słów.

Święta tegoroczne wykorzystałam głównie na koty i sen. :)
A misiu w stylizacji świątecznej wyglądał tak:




Wyjazdowo

Niby nie piszę, ale gdzieś tam jestem wraz z kotami...

Wyjeżdżałam na święta z Ptysią i Amandem.
To była ich pierwsza podróż pociągiem, do tego długa, co zniosły średnio.
Jeśli macie sprawdzone środki wyciszające na taki stres, proszę o sugestie.
Natomiast pobyt u rodziny na wsi, w wielkim domu, niezwykle je cieszył. Okazało się, że kotki świetnie się tam odnalazły, galopowały po całym piętrze i wariowały. Były naprawdę szczęśliwe. Chłonęły widoki, chmary mazurków za oknem, ciszę i przestrzeń, aż żal, że nie miałam aparatu. 
A wraz z powrotem depresja.



A u Rysi kolejny guz...
Wet mówi, żeby usuwać kolejną listwę...
A ja już nie wiem... 






Żwirek

Mam do Was pytanie, jakie macie sposoby na to, żeby koty nie roznosiły żwirku po całym mieszkaniu?
Na przełomie lat, używałam wszystkich żwirków dostępnych na rynku. Lubiłam żwirki niezbrylające. Obecnie jednak pozostaję przy zbrylającym Cat's best eco plus i o ile sam w sobie nawet jest ok, to wprost nienawidzę go za jego wszędobylskość. Jest lekki i przyczepny, przez co mam go wiecznie w całym mieszkaniu, nie mając czasu na spędzanie życia z odkurzaczem. Jest pod tym względem okropny, nie do zniesienia, nie do zaakceptowania, złość złość złość.
Na pewno go znacie, jak sobie radzicie z problemem?
Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to super przyczepne dywany wokół kuwet, ale jaki to rodzaj włosia być powinien, żeby zostawało w nim to, co się przyczepi do kocich łapek?
Jakie macie doświadczenia?

Bez tytułu

Rysia, póki co, ma się znakomicie. Gania moje koty, jest pełna energii, żadnych przerzutów nie ma.
Moi znajomi byli z wizytą zapoznawczą w celu ewentualnej adopcji, ale Rysia ich serc chyba nie zdobyła - gryzła i straszyła.

Z innych tymczasów, miałam ostatnio gołębia pod opieką. Miał złamane skrzydło, w centrum miasta. Gołąb rasowy, ale zdarłam se kolana, żeby go złapać.
Gołąb miał otwarte złamanie, zostało zgwoździowane, ale w miejscu złamania brakuje skóry, więc ma opatrunek ze sztucznej... Jego sytuacja jest niepewna, ale mam nadzieję, że wyjdzie z tego, biedaczek.


A takie towarzystwo mam u siebie w pracy. Wszystkie przekochane.
Oto Szerlok. <3

Jego młoda towarzyszka, Dianka.

No i Amigo.

Są tak kochane i cudowne...
Szkoda, że nie pachną.



Jutro zdjęcie szwów

Rysia od jakiegoś już czasu źle się u mnie czuje, odkąd zaczęła ją prześladować Ptysia, która spuściła jej kilka razy taki łomot, że Rysia czołgała się po ziemi i była sparaliżowana ze strachu. Przestała korzystać z kuwety, ba, przestała pić, żeby nie musieć korzystać z kuwety!
Raz, prawie z płaczem, załatwiła się w dywan na moich oczach, co się nigdy wcześniej nie zdarzało.
Nie mając gdzie jej odizolować, przeorganizowałam  przestrzeń, zrobiłam dla niej kącik z osobną kuwetą. Ale jej strach za chwilę znów się nasilił. Od tamtej pory kolejna wymiana kuwety i czuwanie niemal całodobowe, żeby nie było przemocy i o zaliczenie kuwety. No a umówmy się - tak się nie da żyć.
Wiedziałam, że zachowanie Rysi, to problem behawioralny, ale na wszelki wypadek zrobiłam jej badania, żeby wykluczyć przyczyny zdrowotne - wyniki są w normie, na szczęście.
Ostatnio był spokój, bo siedziałam w domu i czuwałam, żeby Ryś nie zrobiła sobie krzywdy, usiłując wydostać się z kubraka (bo była kilka razy temu bliska - to ząb jej się zaklinował, to łapka). Tylko na początku Ptyśka myślała, że mamy w domu kosmitę i stwierdziła, że lepiej się chować po kątach, a potem śledziła ją niemal krok w krok i nie spuszczała z niej oka. Wojny nie było, bo przecież nie bije się niesprawnego kota.
Jutro zdejmujemy szwy, wreeeszcie, to było długie dziesięć dni. I mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, bo muszę wrócić do szukania Rysi domu. Dzielna z niej kocina, skoro nawet w największych kryzysach nie odmawiała sobie łapania sznurka. ;)
A przy okazji narkozy, zostały też wyczyszczone szczerbate ząbki Rysi i teraz ma pachnący oddech - to reklama. ;)





A taka burza u nas była, wreszcie!

Kocie drogi życiowe...


Nie wiem, co napisać.

Nie chciałam jej ciąć. Za dużo mam złych doświadczeń z ratowaniem kotów "na siłę" i chcąc pomóc, przysparza im się niejednokrotnie wyłącznie cierpienia. A potem trzeba żyć z bólem i wyrzutami sumienia.

A jednak postanowiłam podjąć ryzyko.
Może zbyt oficjalnie o tym nie pisałam, ale Rysia miała guza. Dlatego przestałam w którymś momencie szukać jej domu.

Ryzyka wystąpienia przerzutów nie da się ocenić. Wiadomo, że jest duże, ale jestem dobrej myśli.

Tymczasem Rysia, mimo, iż jest mocno poharatana, naprawdę dzielnie znosi sytuację.




Kocimiętka

Na co dzień w sprayu z Tesco, a od święta świeża z ogrodu, jak się trafi.
Jak dla mnie, to ta świeża cuchnie niemiłosiernie, ale koty widać uwielbiają, w szczególności Amando, skoro potrafił sam se otworzyć torbę na zamek (a taka niby ciamajda..) dopiero co położoną na sofie, wyjąć gałązkę kocimiętki i obgryźć ją z listków, i zjeść z prawie całą łodygą - a to wszystko w ciągu 2 minut zaledwie, zanim zdążyłam zakręcić się w łazience, myjąc ręce po powrocie do domu.
Za chwilę pożarłby resztę i bym w głowę zachodziła, co się z zielskiem stało.
Oczywiście wyturlany wniebowzięty.





Czy on jest tak piękny, jak ja go widzę, czy to bezgraniczne zakochanie? ;)
Kot Absolutny.



Co u nas..

Żyjemy sobie szczęśliwie w symbiozie.


Najnowszych zdjęć nie mamy.



Rysia dopiero zaczyna się aklimatyzować tak naprawdę - po roku. Zaprzestałam szukania jej domu, odkąd się okazało, że jest chora. Staram się od tego czasu, by czuła się po prostu jak u siebie. 
Powoli i mozolnie przestają przeszkadzać jej moje koty i jakoś to się układa nam współdzielenie kąta.
Chociaż.. gdyby jakaś dobra dusza mimo wszystko chciała dać jej prawdziwy dom, to oczywiście, że bym się nie wahała.


Co u Kseni?


Chyba dobrze. :)



Z balkonu mamy wciąż te same widoki, co znaczy, że już trzeci rok nam tutaj leci.


No więc...

Co u nas...

U nas bez zmian, przynajmniej u kotów, bo u mnie spore zmiany, aczkolwiek z pozoru ich nie widać <ma brzmieć tajemniczo> ;).

Przykro mi, że nic nie piszę i jest mi bardzo miło, że ktoś jeszcze o mnie pamięta...

Czasu wciąż brak na cokolwiek.

Stan kotów u nas nie uległ zmianie. Rysię wciąż ogłaszam, ale nie ma ż a d n e g o odzewu.
A jest do adopcji, nic się w tej kwestii nie zmieniło - nadal szukam jej domu, jej człowieka, etc.

Koty zdrowe. Ostatnio miały sensacje żołądkowe, ale już OK. Nie licząc oczywiście problemów stałych - urologicznych.
Amando dzisiaj spadł spod sufitu, z najwyższego stopnia drapaka, spadł i się mocno, biedny, potłukł, bo po tym próbował uciekać, powłócząc nogami, nie był w stanie się na nich utrzymać. :(
Przeraziłam się, miało to miejsce z samego rana, przed moim wyjściem. Na szczęście jest wszystko w porządku.

Przylepy, jak zawsze, jeden przyklejony do jednej nogi, drugi do drugiej. Tylko Rysi nie starcza.

Zdjęcia słabiutkie, bo fonem, ale tak na szybko.



Pozdrawiam serdecznie Was i Waszych najmilszych. :)))

Ryśka wciąż u mnie...

Niestety. Było kilka zainteresowanych, którzy wycofali się od razu po usłyszeniu o podstawowych zasadach adopcji.
Szukam nadal.

A tymczasem Rysia doprowadza mnie do łez. Wreszcie jakiś normalny kot. ;)
Jak np. dzisiaj, węszyła w worku na śmieci do segregacji, bo były tam saszetki po kocim jedzeniu.
Słysząc, że nadchodzę, chciała uciec, ale zaplątała się w rączkę od worka, więc jak worek zaczął ją gonić, to wystrzeliła niczym z procy. Pędziła z nastroszonym ogonem i goniącym ją workiem przez pół mieszkania, aż zgubiła worek i popędziła z tym ogonem do łazienki, a z łazienki z powrotem do pokoju. I roztrzęsiona ukryła się pod drapakiem. ;)
No, może dla niej to dramat, ale jak tu się nie śmiać. :)

Nie mam ostatnio czasu na blogi, nic a nic. Więc zaglądam od święta.







Rekonwalescentka

Przytaszczyłam do domu chorą kotkę.
Przychodziła pod ośrodek, w którym bywam na co dzień, coś zjadła, błagała o wpuszczenie.
Trudno powiedzieć czy ma gdzieś jakiś dom, który o nią nie dba. Czy może została wywalona z domu z powodu choroby (brudziła otoczenie).
Trudno powiedzieć, wersji może być wiele.
Jedno jest pewne, gdyby nie szybki zabieg, to kotka by umierała w cierpieniach, ponieważ miała zaawansowane ropomacicze.
Tak więc, znowu mam kota w izolatce łazienkowej.
Już jest po zabiegu. W nadzwyczaj dobrej formie, jak na takie przejścia. :)
Jeśli wszystko będzie w porządku, to po 10 dniach wypuszczam ją z powrotem na wolność.
Kotka jest cudowna, bardzo grzeczna i spokojna, mrucząca i miła.
Trzymajcie kciuki za jej zdrowie.


Pozdrawiam Was wszystkich. :)

Pożegnania

Ksenia jest już w nowym domu.

Oszczędna jestem w słowach, bo to dla mnie ciężki temat.

Całym sercem jestem z Ksenią. 
Oby przez resztę życia miała wszystko, czego kot potrzebuje, żeby być szczęśliwym.

Ksenia

Odwiedziła mnie rodzina i nazwała kotkę Ksenia. Tak po prostu.
Ksenia czuła się przy nich, jak u siebie. Zapomniała o obecności Amanda i Ptysi. Cieszyła się obecnością gości i nie opuszczała ich na krok. A po ich wyjeździe, była bardzo smutna.





Od chwili, gdy po raz pierwszy Ptysia przywitała się z Ksenią noskiem, zostawiam w ciągu dnia drzwi łazienkowe otwarte niezależnie od mojej obecności. 
Natomiast nadal się tłuką i zamykam Xenię na noc w łazience, ponieważ ciemność sprzyja ich agresywności. A poza tym Kseni włącza się nocny chochlik.

Kotka znad Wisły c.d.

Kotka znad Wisły nadal jest u mnie.
Jak to możliwe, że nikt nie chce TAKIEJ koty... 
Ogłoszenia nie dają żadnego rezultatu. A ja naiwnie myślałam, że ten jej dom docelowy znajdzie się szybko.  
Jakoś dajemy radę... Jakoś. Dziewczyny leją się, aż się kurzy, kiedy wypuszczam ją z łazienki. Jednak na noc i na czas mojej nieobecności, kotka jest zamykana w łazience, czyli spędza tam większość czasu, niestety. Mimo wszystko, najbardziej jest mi żal Amanda, bo to taki kot gołębi, co muchy nie skrzywdzi, a w obawie przed kotką, przesiaduje zestresowany pod sufitem.

Kotka jest tak piękna, że od samego patrzenia na nią, można poczuć się lepiej. :)  To jak podziwianie arcydzieła. Ponadto jest niesamowicie urocza w kontakcie.

Ma tylko jedną wadę (poza niechęcią do kotów).
Że jest paskudnym molem kuchennym! :P






Ale za to wreszcie jakiś kot w tym domu nie gardzi zabawą.



A tu aktywność moich leni w tym samym czasie i przerwy w zabawie coby obwarczeć gapiów.


Co się dzieje z bloggerem ostatnio, że po załadowaniu zdjęć, psuje się ich jakość i zmieniają kolory?
To nie ma sensu. :(